News

Profesor Teresa Pajszczyk–Kieszkiewicz - wspomnienie

prof Teresa Pajszczyk-Kieszkiewicz 

 Na zdjęciu: autograf od Pani Profesor …

Ostatni raz widziałyśmy się w czerwcu tego roku. Pani Prof. Teresa Pajszczyk-  Kieszkiewicz uczyniła mi wielki zaszczyt i przyjemność swoją obecnością na wystawie fotografii „Czwartego Wymiaru”, gdzie pokazywaliśmy nasze zdjęcia usg płodów i ich serduszek. Wernisaż odbywał się w łódzkiej  Galerii Adi Art. Pana Adama Kowalczewskiego,  w urokliwej piwnicy z gotyckimi sklepieniami. Prawdę powiedziawszy, zastanawiałam się czy któryś z moich młodszych asystentów nie powinien asekurować Panii Profesor  przy pokonywaniu stromych schodów, bałam się czy da sobie radę po kolejnej operacji ortopedycznej.  Okazało się jednak, że wigor i jak zawsze znakomita forma Pani Profesor  nie opuszczały.  Przyszła, podziwiała… była wystawą a raczej fotografiami po prostu zachwycona. Mówiła, że nie może uwierzyć że to fotogramy, wręcz  sugerowała, że prawdopodobnie niektóre z nich sama namalowałam.  Uznanie ze strony nestorki  polskiego położnictwa, który pracowała praktycznie głównie w oparciu o tzw. nosa klinicznego, w erze bez ultrasonografii - znaczyło dla mnie osobiście bardzo dużo, nie tylko ze względu na doznania estetyczne… ale o tym niżej.

Ostatnie lata naszej znajomości to przesympatyczne rozmowy w czasie posiedzeń Rady Wydziału Pielęgniarstwa, w urokliwej i sentymentalnej dla mnie auli im. Prof. Aleksandra Pruszczyńskiego w Rektoracie Uniwersytetu Medycznego, tam kiedyś przed laty broniłam doktoratu. Teraz lubiłam siadać obok Pani Profesor, czasem plotkowałyśmy, czasem odwoziłam ją do domu, czasem załatwiałyśmy jakieś sprawy.

Pani Profesor lubiła  każde większe wydarzenie, poza „oficjalnym protokołem”, uczcić także wystawnym obiadem albo kolacją przy własnym stole… a że była wielką gospodynią, wielbicielką kuchni francuskiej, niełatwo było odmówić takim zaproszeniom. Z drugiej strony była zawsze mile widzianym gościem na corocznych letnich ogrodowych „party” , które urządzaliśmy dla naszych seniorów,  profesorów na emeryturze,  których darzyliśmy i darzymy oboje z mężem wielką sympatią. Wyjątkowo tego lata spotkanie ogrodowe się nie odbyło, bo problemy zdrowotne tym razem mnie nieco dotknęły, ale Pani Profesor przy każdej okazji przypominała, że w każdej chwili przygotuje dla nas półmiski… tylko trzeba dać znać.

Lato minęło, nastała piękna ciepła, kolorowa jesień… a ja jako nowo upieczona „artystka”  rozmarzyłam się i oczami wyobraźni widziałam już naszą nową ekspozycję i wystawę obrazów płodu na inauguracji roku akademickiego w Auli 1000. Myślałam bowiem, że to dobra okazja aby szersze grono medyków zobaczyło wyjątkowo piękne  obrazy malowane ultradźwiękami. Umówiłyśmy się z Panią Profesor na spotkanie po tej wystawie, ponieważ obiecałam jej pokazać więcej ujęć samych twarzyczek płodów a nie tylko ich kardiologicznego wnętrza. Do wystawy jednak w Auli 1000 nie doszło, ale dyrektor Biblioteki Uniwersytetu Medycznego Pan dr Żmuda zorganizował na wernisaż na swoim terytorium. Zaproszenie posłałam także Pani Profesor, obiecała jak poprzednio, że będzie na pewno. Nie przyszła. Wkrótce jak przysłowiowy piorun z nieba gruchnęła wiadomość o złym Jej stanie, o hospitalizacji i zgonie… Moje życie na chwile uległo zatrzymaniu i wróciły wspomnienia z przeszłości, ponieważ była to postać która w moim życiu osobistym odegrała rolę szczególną. Nie zawsze było między nami miło i dobrze.

Jako studentka, zajęcia z położnictwa i ginekologii zaliczyłam bez problemu, ale obraz sali porodowej, udręczonych kobiet w przykusych i często poplamionych lub podartych szpitalnych koszulach, czy demonicznych położników, którzy na nie pohukiwali nie zrobił na mnie dobrego wrażenia i chciałam być możliwie daleko od tego towarzystwa. Co innego czyste, umyte, kwilące, bezbronne noworodki, takie podobne do siebie a jednak każdy inny, a co któryś ze szmerem w sercu.  

Los na studiach zetknął mnie z moim pierwszym przyszłym mężem Andrzejem Respondkiem, który w przeciwieństwie do mnie w położnictwie się zakochał. .Jego szefową, już pod dyplomie,  została właśnie Panu Profesor. Ona niska, przysadzista, on 186 cm, z długimi jak pianista palcami, stał się jej ulubionym asystentem i podporą w najtrudniejszych porodach, w wyjazdach do cięć cesarskich do Kliniki Kardiologicznej na ul. Sterlinga. Takich ulubieńców, prawdę powiedziawszy było dwóch, bo był także Andrzej Bieńkiewicz, syn przyjaciółki Pani Profesor. Obaj Andrzejowie bardzo szybko zrobili specjalizację i doktoraty, ale to Andrzej Respondek otrzymał jesienią 1985r. stypendium Fullbrighta i wiosną 1986r. szykował się do podboju Ameryki. Było Boże Narodzenie 1985r. kiedy okazało się, że mój mąż jest śmiertelnie chory. Ratunek mógł być za granicą, w Anglii. Ale w tych czasach, co nie wszyscy wiedzą, nie mieliśmy w domu paszportów, nie mieliśmy też wiz, bo byliśmy przecież za „żelazną kurtyną”. Wtedy pomogła Pani Profesor. Wystarczyło kilka Jej telefonów gdzie trzeba i już 2 tygodnie później siedzieliśmy z Andrzejem w samolocie w drodze do Wielkiej Brytanii, z nadzieją że tam znajdziemy ratunek. Kiedy okazało się ,że sprawy przyjęły zły obrót i próba leczenia chirurgicznego się nie powiodła wróciliśmy do Łodzi. Andrzej odmówił Pani Profesor opieki w jej szpitalu,  pozostał w domu, prawie do końca.

Mnie i Panią Profesor łączyło później coś eterycznego, nieuchwytnego i bardzo sympatycznego. Obiecałam Jej, że w 2013 roku,  15 lutego, napijemy się szampana, bowiem obie urodziłyśmy się tego samego dnia,  choć w innych latach,  pod znakiem Wodnika. Nie wypiję już z Nią szampana…

Wielką sztuką jest kochać, a jeszcze większą wybaczać i pamiętać to co było dobre. Tego nauczyła mnie Pani Prof. Teresa Pajszczyk-Kieszkiewicz, TPK.

 

Maria Respondek-Liberska

Łódź, 30 grudnia 2012

Back